STRONA GŁÓWNA
O NAS
KALENDARIUM
SŁOWNIK MIEJSCOWOŚCI
SŁOWNIK DLA KOLEKCJONERÓW
GRUBY ZWIERZ
POMORZE 1945
KONTAKT
zamek
POMORZE 1945    
Walki pod Gryfinem
Volker Stutzer

Walki pod Gryfinem wspomina były żołnierz 27 pułku strzelców spadochronowych 9 Dywizji Strzelców Spadochronowych Volker Stutzer:
 "...Jochim tak jak ja przybył ze szkoły pilotów w Oschatz do 27 pułku strzelców spadochronowych, tej "straży pożarnej", która źle wyszkolona i kiepsko uzbrojona rzucona została na wschód aby pomóc w zatrzymaniu wielkiej ofensywy radzieckiej zwiastującej koniec Rzeszy. Jochim miał nieśmiały uśmiech który dotąd dobrze pamiętam i niewiele mówił. Dźwigał ciężki plecak tak samo mozolnie jak ja – obaj byliśmy wątłymi chłopakami i niemal łamaliśmy wpół pod ciężarem karabinu maszynowego i amunicji, których pasy nośne wrzynały się głęboko w ramiona. Potykając się podążaliśmy naprzód poprzez noc przez Odrę na wschód, ku linii frontu. Drgał on i płonął na horyzoncie i kto wie, czy to artyleria, czy też nasze serca mocniej biły? Widzę przede mną twarz Jochima tej bladej nocy, pomimo mrozu pokrytą potem w zimnie lutego 1945 roku. Zrzuciliśmy ciężar, Jochim sięgnął do kieszeni i zaczął rozdzielać wszystko co miał przy sobie. Papierosy, ciastka, pióro. Dodał do tego, że nie będzie mu już to potrzebne, ponieważ gdy nadejdzie dzień, on umrze. Miał 17 lat i "umrzeć" w jego ustach brzmiało nierzeczywiście i jak głupi żart. Kapral zganił go za te słowa, lecz Jochim dalej rozdzielał swój skromny dobytek, zaś paru kolegów wzięło papierosy i próbowało palić pod pałatkami aby Rosjanie nie dostrzegli żaru... Jakże się wtedy bałem!
 Potem widziałem znowu Jochima, było to podczas walki o H. Wioska została opanowana przez Rosjan krótko po tym, gdy zatrzymała się tam kolumna uciekinierów na krótki odpoczynek. Kobiety i dzieci ukryły się w piwnicach domów, ich dobytek został już załadowany przez Rosjan na ciężarówki, gdy zaatakowaliśmy wioskę. Wszystko płonęło, piekielny grzmot rozbrzmiewał nad nami i do tego krzyki i skrzek kobiet i dzieci z piwnic w tej części wioski gdzie jeszcze byli Rosjanie. "Wyciągnijcie ich stamtąd, na miłośc Boską wyciągnijcie ich!" wrzeszczeliśmy i pędziliśmy naprzód a obok mnie biegł Jochim. Nie padł nawet na ziemię, po prostu biegł prosto w dół ulicy, ciągle w kierunku przeraźliwych krzyków dobiegających z piwnic (...) Granat odłamkowy z czołgu eksplodował gdy stał on w drzwiach domu zza których dobiegały szczególnie przeraźliwe wrzaski. Padł powoli na wznak i zakończył swe 17-letnie życie na zamarzniętej pomorskiej ziemi (...)
 Gdy H. został wzięty a Rosjanie podjęli próby odbicia go przy wsparciu koncentrycznie nacierających T-34 i IS, gdy atakujący Sybiracy byli tak blisko, że widzieliśmy gwiazdy na ich uszankach, obok mnie zginął Hans z Ambergu. Był wesołym, kędzierzawym chłopakiem, który mówił z takim akcentem z Górnego Palatynatu, że nawet kaprale śmiali się z niego i nie karali. Był od pierwszego dnia ze mną, dzieliliśmy wszystko co wówczas można było dzielić a jego twarz była mi znajoma jak twarz brata. Teraz gapiliśmy się na siebie i ledwie poznawaliśmy nawzajem, tak nasze młodzieńcze twarze zmienione były przez przerażenie bitwą. Ubrudzeni, spoceni, z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi ustami gnaliśmy naprzód, krzyczeliśmy w grzmocie czołgowych wystrzałów i niewiele więcej mogliśmy uczynić, jak tylko strzelać gdzieś z naszej broni. Stałem za narożnikiem domu i patrzyłem na T-34, który pokryty błotem, podzwaniając gąsienicami powoli zbliżał się ulicą. Wtedy usłyszałem za mną przenikliwy, znany mi ale jakby obcy krzyk. Ryczał takim tonem, który do dziś rozbrzmiewa w moim sercu: "Zastrzelcie mnie, proszę, proszę, zastrzelcie mnie..." Na ziemi siedział Hans z Ambergu i trzymał się za lewe udo – poniżej nie było nic. Odłamek granatu odciął mu nogę powyżej kolana i z każdym skurczem serca wypływały z niego krew i życie. Błagał o dobicie, a wszyscy, którzy tam stali bądź leżeli patrzyli z przerażeniem w bezruchu. W tych sekundach coś załamało się we mnie...(...) ...jego głos był coraz słabszy i wtedy zabrany przez litościwą śmierć złamał się wpół i leżał w swej czerwonej krwi, żaden bohater, ochotnik, żołnierz – po prostu człowiek w chwili śmierci z twarzą wykrzywioną przerażeniem (...) Ze 180 ludzi z którymi wyruszaliśmy, zostało nas jeszcze siedmiu.

 "...Wchodzące do walki jednostki były przemieszane, piechota, spadochroniarze, Waffen-SS ze zdobycznymi amerykańskimi "Shermanami", kiepsko uzbrojone i nie stanowiące dla Rosjan przeciwnika. Gdy my walczyliśmy bronią strzelecką, Rosjanie masowo używali czołgów i "Katiusz", mieli pod dostatkiem artylerii, jednostki były świeże i wypoczęte. My nie spaliśmy od wielu nocy, byliśmy głodni i zawszeni. I gdy pewnego mroźnego poranka nasza jednostka ruszała ze skraju lasu do ataku na wieś H., nasze "hurra" brzmiało bardzo, bardzo cieniutko. Jeszcze czuję ten duszący strach, który odczuwałem jako 17-latek. Smugowe serie z rosyjskich stanowisk karabinów maszynowych tworzyły coś na kształt palców wyciągających się po nas, T-34 manewrowały zachlapane błotem dudniąc i klekocąc, strzelając raz po raz. Gdy kierowaliśmy na nie nasze Panzerfausty, znienacka pojawiali się rosyjscy piechurzy i otwierali do nas ogień z pistoletów maszynowych. Nasi niszczyciele czołgów gięli się wpół jeden po drugim. Niektórzy długo jeszcze wzywali sanitariusza tarzając się po ziemi. Nikt jednak nie mógł do nich dotrzeć. Wzięliśmy H., gdzie zaskoczeni atakiem Rosjan uciekinierzy krzyczeli w piwnicach a spadochroniarze z 27 pułku umierali w brudnych uliczkach. Z nimi Rosjanie, którzy jak żywe pochodnie wyskakiwali z płonących stodół. Bitwa o H., jedna z tysięcy stoczonych w tej wojnie, nie została nigdzie opisana poza kroniką pułkową. Tych kilku, którzy przeżyli, napisało ją i przesłało mi niedawno. Czytając ją znowu czułem gryzący zapach dymu, słyszałem rozdzierające uszy wystrzały czołgowych armat, przeraźliwe krzyki rannych i konających. Bez względu na to, czy padniesz w znanej bitwie, czy też nieznanej potyczce, twój strach i ból są takie same!
 Właśnie spojrzałem na zegarek, tak jak robiłem to w szkole, gdy przedłużała się lekcja łaciny i dlatego wiem, że była to 12.00, gdy obok eksplodował granat czołgowy. Odczułem ogniste uderzenie i z ręki wypadł mi karabin i pośród wrzasków innych odczułem, że także mnie się dostało. Z dymu płonącej wsi wynurzyli się pierwsi Rosjanie. Coś kazało mi uciekać przez pole, nie zwracając uwagi na bezwładnie kołyszącą się rękę. W tym samym kierunku pędziło skokami kilku kolegów, padali dosięgnięci salwami karabinów maszynowych z czołgu i przewracali się jak zające podczas polowania i tak nieruchomieli. Ich pomazane krwią młodociane twarze skierowane były w niebo. Koszmarem było zrobić ponad kilometr z wioski na skraj lasu. Czołgałem się poprzez dziwaczne zwały poległych, kryłem się przed rosyjskim ogniem, znów czołgałem, leżałem, skakałem i znów rzucałem na ziemię. Wreszcie po całej wieczności, gdy tysiąc razy omal mnie nie trafiono, dopadłem kulejąc i krzycząc osłonę dwóch starych dębów. Za nimi i za stosem drewna kilkunastu oficerów i sierżant znaleźli ukrycie. Krzyczeli w zdenerwowaniu, żebym uciekał, bo ściągnę ogień. Sierżant zlitował się nade mną, opatrzył ranę i rzekł: "Chłopcze, chłopcze, ale cię dopadli!" Chciał wiedzieć, jak wygląda tam na linii. Pokazał mi drogę poprzez wstrząsany wybuchami las do polowego punktu opatrunkowego w B. parę kilometrów w kierunku Odry. Gdy tak sam szukałem drogi nadciągnęła piechota, którą całe to piekło jeszcze czekało. Żołnierze patrzyli pytająco i dali mi zaciągnąć się kilkakrotnie papierosem. Dogoniłem jakiś wóz konny powożony przez pomorskiego chłopa. Wiózł on ciężko rannych którzy przy każdym wstrząsie darli się i narzekali na piekielnie wyboistą drogę. Siadłem na wozie i poprzez las w którym w strzeleckich dołkach siedziała piechota dojechaliśmy do umiejscowionego w szkole punktu opatrunkowego w B.
 Sam ledwie opuściwszy szkołę, znów byłem w klasie. Ale wyglądała ona jak przedsionek piekła. Lekarze operowali na stole, gdy na zewnątrz eksplodowały granaty i przez potłuczone okna błoto pryskało do środka. Przynoszono moich kolegów porozdzieranych przez odłamki. W ich rany wciskano całe paczki bandaży w daremnych próbach zatamowania krwawienia. Umierali, zanim wojskowy lekarz mógł się nimi zająć. Ponieważ w stosunku do nich byłem lekko ranny, kazano mi usiąść w rogu przy kaflowym piecu i czekać na swoją kolej. Siedziałem tam z mymi 17 latami i patrzyłem na krzyczących i jęczących mężczyzn, których wycinano dosłownie z ich nasiąkniętych krwią mundurów. W drugi róg obok pieca sanitariusze rzucali amputowane kończyny. Wielu ludzi wbiegało i wybiegało, front było słychać coraz bliżej. Na zewnątrz samochód za samochodem odjeżdżał na zachód. Pozostali żołnierze oddalali się, a lekarz wojskowy od czasu do czasu zerkał na mnie.
 Wreszcie wieczorem nadeszła moja kolej. "No co mały, co się stało?" powiedział wojskowy lekarz a ja gapiłem się bez słowa słysząc dialekt bawarski. Wreszcie jakiś swojsko brzmiący dźwięk po tygodniach i miesiącach w jednostkach północnoniemieckich. "Tu mi dowaliło, nie wiem sam dokładnie gdzie..." wystękałem, podczas gdy on powiedział ocierając twarz zakrwawionymi rękawicami operacyjnymi: "A krajan! Coś takiego! Zobaczymy, co tam mamy!" Leżałem więc na stole w szkolnej klasie w B. na Pomorzu, a lekarz wojskowy z Bawarii rozcinał mi ranę zadaną odłamkiem bez znieczulenia. Powiedziałem: "Teraz zaboli...", a on odparł żebym wytrzymał, bo nic nie może na to poradzić. Rozmawiał ze mną, wciąż nasłuchując grzmotu i hałasów na zewnątrz. Potem wynieśli mnie do sali gimnastycznej, gdzie na słomie rozścielonej na podłodze leżały w ciemnościach rzędy rannych, krzycząc i narzekając. Jeszcze dziś czuję tę słomę pode mną tak jak wtedy, gdy zasypiałem po trzech dniach i nocach bez snu. Nikt nie wiedział wówczas w B., że Rosjanie przebili się przez nasze linie i dotarli na skraj lasu. Zasypiałem trawiony gorączką, gdy przyszedł rozkaz opuszczenia wsi i pozostawienia rannych.
 W tym momencie bawarski lekarz uczynił coś, co dziś mogę nazwać bohaterstwem, choć słowo to już wyszło z mody. Gdy Rosjanie zbliżali się i słychać było ich krzyki i strzały a sanitariusze i personel punktu opatrunkowego walczyli o miejsce w dwóch stojących jeszcze samochodach, lekarz wszedł do ciemnej sali gimnastycznej szukając mnie. Chodził pośród setek rannych i mnie szukał, złapał za mundur i uniósł. Dziś jeszcze czuję ten chwyt i słyszę słowa: "No, krajan, idziemy, Rosjanie się zbliżają...!" Podniósł mnie, objął ramieniem i wyciągnął na zewnątrz i wrzucił na samochód, który zaraz popędził w noc gdy za nami powoli cichły krzyki i ryki rozpaczy rannych. Rosjanie w tej sali gimnastycznej zamordowali ich..."

     
Infoman