STRONA GŁÓWNA
O NAS
KALENDARIUM
SŁOWNIK MIEJSCOWOŚCI
SŁOWNIK DLA KOLEKCJONERÓW
GRUBY ZWIERZ
POMORZE 1945
KONTAKT
zamek
GRUBY ZWIERZ    
W obronie przepraw
Piotr

Nocą z 19 na 20 marca 1945 nieliczni pozostający w szczecinie mieszkańcy słyszeli już coraz wyraźniej gwałtowną strzelaninę dobiegającą z prawobrzeżnych dzielnic miasta. Znad Dąbia i Zdrojów biła w niebo łuna pożarów. Rosjanie szykowali się do decydującego szturmu w kierunku mostów przez Odrę. Ostatnie oddziały wykrwawionego III Korpusu Pancernego SS odpływały za zbawczą rzekę i zajmowały przejściowe pozycje osłonowe. Główna jego siła bojowa – cudzoziemskie dywizje SS "Nordland", "Wallonien", "Nederland" i "Langemarck" stopniały do niewielkich grup bojowych nie dysponujących niemal ciężkim sprzętem. Walcząca pod rozkazami korpusu 10 Dywizja Pancerna SS "Frundsberg" tylko w lutym i marcu straciła w bitwie na Pomorzu ponad 5000 zabitych i zaginionych. W desperackich kontratakach w rejonie Kijewa poległ w swym czołgu dowódca 10 pułku pancernego SS Sturmmbannführer Paetsch.
Około 02.00 w nocy pododdziały pionierów SS wysadziły wszystkie mosty na Regalicy. Na równy miesiąc nurty Odry oddzieliły od siebie dwie wrogie armie.
 Dwa dni później Szczecin zostaje ogłoszony twierdzą. Władze cywilne i wojskowe zaprotestowały solidarnie. Miasto pod żadnym względem nie spełniało wymogów stawianych twierdzom. Amunicji wystarczyłoby na jeden dzień obrony, żywności na około miesiąc. 4 kwietnia wysadzono mosty na Odrze Zachodniej zauważając postępującą koncentrację radzieckich dywizji na wschodnim brzegu Regalicy. W Szczecinie zgromadzono, przynajmniej na papierze, sporo artylerii. Jednak większość stanowiły posadowione na stałe na betonowych stanowiskach działa przeciwlotnicze do których i tak zaczynało brakować amunicji oraz przeróżne zgromadzone w magazynach zdobyczne "eksponaty", do których amunicji po prostu nie było.
 Pomimo jednak wielkich trudności pod twardą ręką władz wojskowych trwały przygotowania do obrony. Kopano kilometry transzei i rowów przeciwczołgowych. W polowych warsztatach z rozbitych czołgów i transporterów wymontowywano karabiny maszynowe oraz armaty. Szkolono również oddziały tzw. Dywizji Fortecznej "Stettin". Na papierze mogła ona wyglądać na imponujący związek taktyczny, w rzeczywistości stanowiła tylko zlepek jednostek o niewielkiej wartości bojowej.
12 kwietnia Rosjanie podjęli próby forsowania Regalicy i uchwycenia Międzyodrza. Na bagnach i pośród rozlewisk wybuchły gwałtowne potyczki. Cztery dni później większość podtopionych polderów była już w rękach Rosjan. Dowództwo niemieckiego Korpusu Armijnego "Oder" nie miało już wątpliwości, gdzie spadnie uderzenie. Na wzgórzach po zachodniej stronie Odry rozlokowano brygadę policyjną złożoną z Niemców węgierskich i rumuńskich, dalej w odwodzie 281 Dywizję Piechoty i 549 Dywizję Grenadierów Narodowych. Rejon forsowania flankował wysoki nasyp linii kolejowej koło Dziewoklicza tuż obok wysadzonego w powietrze stalowego mostu drogowo-kolejowego.
Poniżej nasypu wybudowano drewniane stanowisko zwieńczone stalową płytą, na której ustawiono wieżę pancerną. Był to dziwny twór. Wykorzystano półfabrykat wieży od czołgu "Panther", bez otworów na wentylatory i peryskopy. Ponad 5-metrowa armata KwK42 L/70 została zastąpiona krótszą armatą od wozu PzKpfw IV (długości 48 kalibrów) o tym samym kalibrze 7,5 cm. Powstałe w ten sposób stanowisko zamaskowano doskonale za pomocą siatek. Ziemny bunkier stwarzał załodze doskonałe – jak na frontowe realia – warunki. W pomieszczeniu znajdował się stolik, piecyk na węgiel, prycze, zaś w dwóch bocznych komorach zapas granatów odłamkowo-burzących i przeciwpancernych. Wieżę można było obracać za pomocą ręcznej przekładni. Przez optykę celowników jak na dłoni widać było płaszczyznę rozlewisk w rejonie Ustowa z majaczącym w oddali nasypem autostrady.
 Rankiem 20 kwietnia o godzinie 06.30 czasu moskiewskiego zagrzmiały salwy "Katiusz" którym zawtórowały haubice i armaty dalekonośne. Lewy brzeg Odry zniknął pod lawiną ognia i stali. Niemieckie oddziały na pierwszej linii zostały dosłownie wprasowane w ziemię. Tuż za ogniowym wałem na 638 łodziach, tratwach i promach forsowały nurt kompanie i bataliony szturmowe 65 Armii generała Pawła Batowa. Już o 07.06 w radiostacji generała zachrobotał zniekształcony meldunek z odcinka 108
Dywizji Strzeleckiej generała Tieriemowa: pierwsza transzeja wzięta, nieprzyjaciel wycofuje się na drugą linię oporu. Na prawym skrzydle pasa forsowania znalazła się 354 Dywizja Strzelecka. Tutaj już od początku zarysowało się niepowodzenie. Jak podają radzieckie źródła, wskutek słabej organizacji i koordynacji działań a także niedostatecznego rozpoznania środków ogniowych nieprzyjaciela, do brzegu na odcinku Kurowo-Ustowo docierają tylko dwie przetrzebione kompanie i spieszony szwadron kawalerii dywizyjnej. grupka ta zaczepiła się w majątku Kurowo i tam przez dwa dni zacięcie odpierała ataki niemieckiej piechoty wspartej działami szturmowymi.
 Czy aby na pewno nieudane forsowanie było winą dowództwa dywizji? Dowodził nią przecież doświadczony w wielu bitwach generał Dżandżgawa. Meldunki podają, że zatonęło blisko 80 łodzi przeprawowych. Najprawdopodobniej więc czołowe kompanie forsujące nurt Odry dostały się pod ogień doskonale zamaskowanych stanowisk artyleryjskich znajdujących się w rejonie Dziewoklicza. 7,5-centymetrowe granaty artyleryjskie dokonały prawdziwych spustoszeń pośród przeprawiających się 0oddziałów radzieckiej dywizji.
 
Ustowo padło dopiero pod wieczór 22 kwietnia, kiedy Rosjanie już od dawna walczyli o Kołbaskowo. Prawdopodobnie niedługo potem załoga improwizowanego schronu opuściła zagrożoną pozycję. Być może zdążyła zdemontować lub zniszczyć przyrządy celownicze, a może w tym czasie nikt już o takie szczegóły nie dbał? Świadkowie mówią, że milcząca wieża stała jeszcze dwa-trzy lata po wojnie u stóp nasypu. Oczyszczający teren saperzy wysadzili w powietrze drewniany schron, a ciężka kopuła pancerna wpadła do tak utworzonego krateru. Ze względu na brak środków technicznych nikt w owym czasie nie myślał o wydobywaniu ciężkiego zawalidrogi.

Ten epizod burzliwej historii wojennej Szczecina prawdopodobnie nigdy nie ujrzałby już światła dziennego gdyby nie czysty przypadek. W trakcie robót ziemnych wzdłuż nasypu kolejowego 10 września 2001 robotnicy PKP ku swemu zaskoczeniu natrafili na metalowy element. Pierwotnie przypuszczano, że może to być pozostałość starej instalacji podziemnej.
Usunięto część ziemi by sprawdzić, co też przeszkadza w kontynuowaniu prac. Ku zaskoczeniu odkopano wystający spod nasypu hamulec wylotowy lufy armatniej. Zawiadomiono o znalezisku policję i saperów, którzy zaczęli znajdować spoczywające w ziemi pociski. Ze względów bezpieczeństwa natychmiast podjęto decyzję o wstrzymaniu ruchu kolejowego i drogowego na biegnącej tuż obok Szosie Poznańskiej. Rozmontowano odcinek torów aby umożliwić dalsze rozkopywanie nasypu. W takcie prac natrafiano na kolejne pociski i łuski. Stopniowo spod ziemi wyłaniała się cała wieża. Dopiero teraz można było zidentyfikować obiekt. Całość prac "odkrywkowych" trwała ponad trzy dni. Sprowadzony na miejsce potężny dźwig kolejowy podjął wieżę i posadowił na platformie. Przetransportowano ją na teren kolejowy w pobliżu dworca w Dąbiu.
Szczecińskie stowarzyszenia: Stowarzyszenie Miłośników Archeologii Militarnej "Pomorze" i Zachodniopomorskie Towarzystwo Poszukiwań Zabytków i Militariów od początku rozpoczęły starania, by znalezisko nie opuściło Szczecina, jak sugerowały liczne muzea militarne w kraju. Taką decyzję podjął Wojewódzki Konserwator Zabytków w porozumieniu z Muzeum Narodowym w Szczecinie.

     
Infoman