STRONA GŁÓWNA
O NAS
KALENDARIUM
SŁOWNIK MIEJSCOWOŚCI
SŁOWNIK DLA KOLEKCJONERÓW
GRUBY ZWIERZ
POMORZE 1945
KONTAKT
zamek
POMORZE 1945    
W obronie Pyrzyc
Rudolf Krauze

"...Położenie było tak jak wcześniej niewyjaśnione. Dlatego wybrałem krótko przed północą grupę rozpoznawczą złożoną z sześciu ochotników, aby stwierdzić, czy Rosjanie osiągnęli już najbardziej wysunięty na południe skraj miasta. Skuleni poruszaliśmy się ostrożnie w mokrym śniegu w rowie obok szosy do S. w kierunku na młyn stojący na Łące Młyńskiej. Około 200 metrów przed terenem młyna napotkaliśmy dwóch niemieckich saperów, którzy wyraźnie się śpieszyli. Zameldowali mi szeptem, że w ogromnym pośpiechu zaminowali prowizorycznie drogę na wysokości młyna. Po tym zostawili nas samych. Ostatnie metry do młyna, którego budynki rysowały się tylko jako ciemne sylwetki, poruszaliśmy się możliwie bezszelestnie pełznąc naprzód. Osiągnęliśmy młyn i odetchnęliśmy z ulgą, gdy wydawało nam się, że najbliższe otoczenie młyna na południe jest wolne od przeciwnika. Nagle cisza nocy została przerwana przez głośny warkot motorów i łoskot gąsienic zbliżających się czołgów.
Czołgi ustawiły się w gotowości w bezpośredniej bliskości młyna, ponieważ wyraźnie było słychać rosyjskie rozkazy i przekleństwa. Po tym wszystko rozegrało się błyskawicznie. Widzieliśmy w jasnym świetle podpalonego przez czołgi młyna kontury wielu T-34. Młody Volkssturmista z Hitlerjugend ze Szczecina natychmiast strzelił z odległości około 20 metrów z Panzerfausta i trafił bezpośrednio czołg na czele. Równocześnie drugi czołg który chciał zboczyć najechał na minę przeciwpancerną tak, że utworzyła się płonąca zapora. Dając sobie wzajemnie osłonę ogniową wskoczyliśmy w na szczęście istniejące dołki dla niszczycieli czołgów i otworzyliśmy ogień z całej broni ręcznej, aż opróżniliśmy magazynki. Dopiero wtedy spostrzegliśmy, że staliśmy w lodowatej wodzie sięgającej do brzucha. Rosjanie wycofali się..."

"...Po ponownie niespokojnej nocy, w trakcie której nieprzyjacielskie oddziały zwiadowcze przenikały przez nasze linie rzeczywiście przybyło przedpołudniem dnia 4 lutego na nasze stanowisko dowodzenia około 20 dobrze wypoczętych marynarzy i podoficerów z dwoma oficerami marynarki w swoich granatowych mundurach. Prawie nie wierząc młodzi żołnierze podziwiali ich perfekcyjne uzbrojenie: dwa MG-42, trzy pistolety maszynowe, najnowocześniejsze karabinki szybkostrzelne. Atak został zaplanowany na godzinę 14.00. Lewy sąsiad miał przy pomocy swojego karabinu maszynowego wziąć drogę odwrotu Rosjan do gazowni pod ogień i przeciwdziałać wycofaniu się. Moich 60 młodych i starych żołnierzy, uzbrojonych w karabiny 98k otrzymali rozkaz od godziny 14.00 ostrzeliwać dokładnie czołgi w gazowni, ponieważ jako niszczyciel czołgów wiedziałem, że taki ogień z broni ręcznej w pancerz czyni załogi czołgów nerwowymi.
Wszystkie szczegóły ataku na zajęty przez Rosjan kościół katolicki zostały omówione i dokładnie uzgodnione. Jednomyślność panowała również w tym że ja, jako znający teren miałem poprowadzić atak, obok mnie młody goniec i obaj oficerowie marynarki i prawie równo, krótko za nami gros oddziału uderzeniowego marynarki. Ustaliliśmy, że kościół będzie szturmowany pod osłoną ognia obu MG-42, które mają przycisnąć strzelców wroga w wysoko położonych oknach kościoła. Najpierw zapoznano każdego atakującego z terenem. Potem przeszliśmy na pozycję wyjściową, podwórze na tyłach, które było poza polem widzenia.
Ale wtedy Rosjanie zaczęli strzelać ze wszystkich luf, również z "katiusz"! Ten hałas zaniepokoił marynarzy tak dalece, że rozbiegli się we wszystkich kierunkach. Mój goniec i ja staliśmy w martwym kącie pozycji wyjściowej – a było krótko przed 14.00. Ale w przeciwieństwie do dnia poprzedniego wydarzył się cud. Lordowie, jak ich też później nazywaliśmy, wrócili wszyscy z powrotem, zawstydzeni patrząc na chłopaka z Hitlerjugend obok mnie.
Potem wszystko trwało sekundy. Prześliznęliśmy się do płotu z desek okalającego podwórze kościoła. Godzina 14.00. Karabiny maszynowe i nasze pistolety maszynowe walą ile tylko amunicji w magazynku, i już jesteśmy w kościele! Polegli, w większości młodzi Rosjanie, w wieku mniej więcej naszych Volkssturmistów, nosili pod swoimi kurtkami mundury niemieckie. Nie mieliśmy żadnych strat, uścisnęliśmy sobie bez słowa ręce i zatroszczyliśmy przede wszystkim o to, żeby ranny poprzedniego dnia Leutnant trafił do lazaretu. Jeszcze żył, ale innym już nie można było pomóc..."

"...W ogromnym pośpiechu stanowiska strzeleckie przesunięto w przód a przy kościele i w innych dogodnych miejscach ulokowano MG-42. Nasza siła ognia uległa w ten sposób znacznemu wzmocnieniu. Ale nadal nie można było wykopać dołków strzeleckich, w ziemi siedział jeszcze mróz. W obrębie cmentarza wzgórki grobów musiały być w tej przymusowej sytuacji używane jako osłona. Obermaat ze swoją drużyną zajmuje w tym makabrycznym otoczeniu stanowisko, a na to był już najwyższy czas! Rosjanie wykorzystali przewagę swoich wyżej położonych pozycji w gazowni do wściekłych kontrataków, które były przez nas odrzucane. Przy tym stracili jeden czołg. Po tym wzięli obszar wokół kościoła katolickiego pod ogień nękający. Mieliśmy bolesne straty, między innymi sympatycznego Obermaata i dwóch jego kolegów z U-boota, którzy jeszcze krótko wcześniej uczestniczyli w szturmowaniu kościoła. Wielu zostało rannych.

"...Mimo że przed południem rozciągający się przed Aleją Lipową poprzecinany licznymi płotkami teren ogrodów został przeczesany przez jednostkę karną Waffen SS usadowili się tam natychmiast po tym, przede wszystkim w wysokim domu na rogu Alei Lipowej i szosy do S. radzieccy strzelcy wyborowi. Nienawidziłem ich i bałem się, ponieważ krótko wcześniej zabili mojego gońca. Gdy towarzyszył mi podczas kontroli stanowisk zginął od strzału w głowę. Niestety poległ również jeden z naszych najdzielniejszych, już wspomniany uczeń na piekarza Bahlmann z Pyrzyc trafiony przez snajpera. Wcześniej dołączył on się do naszego oddziału i należał do grupy piechoty, która zabezpieczała Aleję Lipową. Byłem oddalony od niego o kilka kroków, gdy on – znowu przez trafienie w głowę – padł. Stojąc za drzewem próbował zmusić gniazdo snajperów do milczenia tak, jak oznajmił to swoim towarzyszom. Mój zaklinający okrzyk, aby z tego zrezygnował przebrzmiał w śmiertelnym trafieniu niesamowitych radzieckich snajperów.
 Wieczorem Rosjanie oznajmili głośno i wyraźnie, że mają zamiar odholować zniszczony czołg z narożnika Alei Lipowej i szosy do S., który blokował drogę. My mieliśmy w tym nie przeszkadzać, w przeciwnym razie nasi rodacy, ich przymusowi pomocnicy będą zagrożeni. Wśród przekleństw w Platt'ie (dialekt północnoniemiecki – przypis tłumacza) i rosyjskich okrzykach zachęty niemieccy chłopi musieli odciągnąć korpus czołgu zaprzęgiem sześciu koni. Około 100 metrów dalej zniszczony czołg został, wnioskując z odgłosów, przejęty przez pojazdy motorowe. Bezczynni i wściekli musieliśmy przyglądać się temu nikczemnemu spektaklowi..."

     
Infoman